Zajechałem pod budynek szpitala i jak poparzony wypadłem z auta. Przeskoczyłem w kilku susach po długich schodach i zacząłem się przepychać przez zatłumione korytarze. Przeklnąłem pod nosem, kiedy jedna z pacjentek przechadzająca się po korytarzu niemal nie spowodowała mojego bliskiego spotkania z ziemią. Nagle stanąłem twarzą w twarz ze starą znajomą, która patrzyła na mnie zimno, co chwilę spoglądając w plik dokumentów.
- Uhm, witaj... - zacząłem niezręcznie, nie wiedząc czy zwracać się do niej na "ty".
- Cześć, Jared. - westchnęła, wywracając oczami z miną męczennicy. Przestąpiłem z nogi na nogę, niecierpliwiąc się niemiłosiernie. Założyła pasemko włosów za ucho i dalej leniwie przeglądała dokumenty. Po chwili, która wydawała się wiecznością oderwała wzrok od kartek i odwróciła się na pięcie. - Chodź za mną. Sala 457.
Stanąłem przed szerokimi, białymi drzwiami z tabliczką "457". Olivia patrzyła na mnie poganiająco, a ja nie mogłęm zrobić małego kroku. Serce waliło mi jak oszalałe, jak gdyby chciało wyskoczyć z piersi. W głowie kłębiło mi się milion myśli na sekundę, od których mało nie pękła mi czaszka. Starałem się oddychać w miarę normalnie, ale klatka piersiowa podnosiła mi się w nienaturalnie szybkim tempie, jednak do mózgu nie dochodziło ani odrobinę tlenu.
Bałem się. Potwornie się bałem, stojąc przed tymi pierdolonymi drzwiami, ledwie utrzymując się na drżących kolanach. A co jeśli mnie nie rozpozna? A co jeśli o mnie zapomniała? A co jeśli diametralnie się zmieniła? A co jeśli... Zmieniło się jej postrzeganie mnie? Umysł pękał mi w szwach od wszystkich "a co jeśli", "oby nie" i innych czarnych scenariuszy. Nie wiem, ile tak stałem, wryty w ziemię, ale Liv wykazała się anielską cierpliwością. Uspokoiłem oddech i zrobiłem krok na przód, wyciągjąc rękę i naciskając klamkę.
Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem, a wchodząc do pokoju owiał mnie rześki chłód, który pozwolił mi lepiej oddychać. W pokoju panowała cisza, nie słychać było żadnych odgłosów pikania, jakich się spodziewałem. Okno było uchylone, firanka falowała niespokojnie przez wdzierający się do pomieszczenia poranny, jesienny wiatr. Jednak to nie on był przyczyną gęsiej skórki i dreszczy chodzących po moich plecach. Była nią dziewczyna, która siedziała spokojnie na łóżku, obrócona w stronę okna, tyłem do drzwi. Ubrana w cienki, długi sweter, przykrótkie leginsy i trampki do kostek, drgnęła na dźwięk otwieranych drzwi, ale oprócz tego nie zrobiła nic. Jej długie włosy, sięgające niemal pasa falowały rytmicznie, kiedy oddychała ciężko.
- Sky... - wykrztusiłem. Tylko tyle byłem w stanie zrobić, oprócz stania jak posąg i tępego wpatrywania się w nią. Powoli obróciła głowę i widząc mnie wstała i zrobiła kilka kroków w moją stronę, zastygając niespodziewanie.
- Przepraszam, że cię niepokoję, ale tymczasowo nie mam się gdzie zatrzymać a muszę opuścić szpital. Zastanawiałam się, czy ty i twoja rodzina nie mielibyście nic przeciwko, gdybym... - wpadła w paniczny słowotok, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego głosem bliskim załamaniu. Przerwałem jej, niszcząc przestrzeń między nami i oplatając ją ramionami wokół tułowia. Oparłem głowę o jej ramię i zaciągnąłem się jej zapachem. Pachniała trochę bardziej szpitalem, ale wciąż w ten swój niepowtarzalny sposób, świeży i znajomy jednocześnie. Oczy zaszły mi łzami, ale przełknąłem je z trudem.
- Nigdy nie będziesz w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo za tobą tęskniłem... - westchnąłem, nie zmieniając pozycji. Nie byłem w stanie. Bałem się, że jak się poruszę czy otworzę oczy obudzę się we własnym łóżku, po raz kolejny po zbyt realistycznym śnie.
Gwałtownie uniosła ręce i objęła mnie wokół szyi. Ledwie potrafiłem ustać na nogach.
- Nie chcę wam przerywać, ale musicie opuścić salę i zwolnić ją dla innych pacjentów, którzy zaraz się tu pojawią... - wtrąciła Liv, a ja spojrzałem na nią tak, jakbym mógł zamordować ją wzrokiem. W tym właśnie była najlepsza. W przeszkadzaniu.
- To przenocujesz mnie przez kilka dni? - spytała cicho dziewczyna, której wciąż nie byłem w stanie wypuścić z objęć.
- Oczywiście. Ile tyko zechcesz.
- No co ty, nie wytrzymałbyś tyle ze mną. - uśmiechnęła się szeroko, a ja poczułem jak serce zamarło mi na moment. Jeżeli nie przestanę tak na nią reagować, to nabawię się arytmii.
***
Przesunąłem srebrny kluczyk w zamku i pchnąłem kolanem drzwi, które otworzyły się na oścież i odbiły od ściany. Uniosłem walizkę Sky i wniosłem ją do domu, uprzednio przepuszczając dziewczynę przodem. Nieśmiało weszła do środka i rozejrzała się po mieszkaniu z uśmiechem, odkładając teczkę wypchaną papierami na stolik. Podziękowała mi za wniesienie toreb i niezręcznie usiadła na stołku w kuchni.
- Mieszkasz tu sam? - spytała, zanim zdążyłem zebrać myśli.
- Tak. Wynająłem je, kiedy wróciłem z Kalifornii. - odpowiedziałem, otwierając lodówkę i zastając tam jedynie stare mleko i resztki sałatki, które też nie były w najlepszym stanie. Zamknąłem ją i odetchnąłem lekko, zastanawiając się co zrobić. Nawet nie musiałem zaglądać do portfela żeby wiedzieć, że ten też zionie pustkami.
- Muszę zapalić. - mruknąłem i spojrzałam na teczkę, którą przeglądała, nerwowo bawiąc się palcami. - Co to?
- Opis mojego stanu. - odpowiedziała niechętnie.
- Mogę zobaczyć? - spytałem i nie czekając na odpowiedź chwyciłem za przedmiot, ale zabrała mi go delikatnie.
- Jeżeli chcesz coś wiedzieć, to możesz mnie pytać. - wytłumaczyła zimno swoje zachowanie. Uniosłem dłonie w geście obronnym.
- Nie chciałem być wścibski. - burknąłem pod nosem, chwyciłem paczkę papierosów razem z zapalniczką w środku i wyszedłem z kuchni.
Po ciężkiem walce z wiatrem, upartą zapalarką i kaszlem wreszcie udało mi się odpalić papierosa i usiąść na zakurzonej podłodze balkonu wypchniętego z wielkiego, wysokiego klocka w którym mieszkam. Jedno z najwyższych pięter może miało wiele wad, ale na pewno nie był nią widok; rozległa panorama Brooklynu. Przytknąłem truciznę do ust i zaciągnąłem się głęboko, czując znajome, przyjemne pieczenie w płucach.
Brawo, Jared. Kobieta, na którą czekałeś przez siedem lat i którą byłeś zauroczony dobre dziesięć, siedzi sobie w twoim mieszkaniu, a ty palisz na balkonie bo jesteś przerażony perspektywą rozmową z nią. Lub jakąkolwiek konfrontacją. Boisz się chociaż spojrzeć jej w oczy, bo przez ostatnie lata byłeś zbyt leniwy, żeby ruszyć dupę z mieszkania po coś, co nie ma procentów, cycków czy tytoniu. Pieprzony, seksistowki alkoholik. Dopiero ona musiała ci uzmysłowić, że jesteś dorosłym mężczyzną a w większości polegasz na pieniądzach przysyłanych przez matkę? Czy wyjście z domu na kilka godzin żeby zarobić chociaż na pożądny obiad przewyższa twoje umiejętności?
Moje przemyślenia przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Obróciłęm głowę tak gwałtownie, że zabolał mnie kark. Dziewczyna spojrzała na mnie, uśmiechając się nikle.
- Mogę się dosiąść? - spytała nieśmiało. Przytaknąłem głową, czując jak bezsilność zaciska się na moim gardle i umyśle, utrudniając mi zebranie myśli i wykrztuszenie czegokolwiek. Położyła swoją teczkę na ziemi i przesunęła ją w moją stronę. - Przepraszam za tamto. Powinieneś wiedzieć. Jestem ci to winna, po tym jak ni stąd i zowąd zwaliłam ci się na głowę.
- Nie jesteś mi nic winna. - uśmiechnąłem się, aby poprzeć swoje słowa. - Jesteś pewna? Nie musisz mi mówić wszystkiego, jeżeli nie chcesz.
Słowa "nie jesteśmy już parą" mimo że niewypowiedziane, zawisło między nami raniąc boleśnie uszy, tak jakby ktoreś z nas wykrzykiwało sobie płuca.
- Chcę, żebyś wiedział. - szepnęła i przerwała, aby wziąć głęboki oddech. - Chcę, żebyś mi ufał.
- Ufam ci.. - wykrztusiłem, zaskoczony myślą, że mogło by być inaczej. Mimo moich słów przysunęła teczkę jeszcze bliżej mnie. Poddałem się, ciekawy i jednocześnie pełen strachu zajrzałem do środka.
Czytałem, ale mój umysł buntował się przeciw przyswajaniu słów, które czytałem po kilka razy. Niezdolna do: samodzielnego jedzenia, czytania długich treści, pisania... Zaburzone: motoryka, skupienie uwagi... Rzeczy ciągnęły się w nieskończoność, a ja zastanawiałem się, jakim cudem nic nie zauważyłem.
No tak, to była anorektyczka. Jest mistrzynią w ukrywaniu.
- Okłamałam cię, przepraszam. - odezwała się słabo, kiedy spojrzałem na nią z niedowierzaniem. Pociągnęła nosem i odetchnęła ciężko, odwracając wzrok. Wyglądała, jakby zapanowanie nad głosem było ponad jej siły. - Mam się gdzie zatrzymać. Ale zostałam sierotą po tym, jak moja mama zginęła w wypadku. Nie poradziłabym sobie sama.
- Chciałaś mnie wykorzystać? - spytałem zaskoczony, nie myśląc nad własnymi słowami.
Odwróciła głowę w prawo, zasłaniając się włosami i pociągając nosem. Musiała odetchnąć kilka razy, zanim opanowała szloch i była w stanie cokolwiek wykrztusić. Chciałem żeby wiedziała, że nie mam je za złe, że to zrozumiałe, że oczywiście nie mam nic przeciwko żeby ze mną mieszkała, że chętnie jej pomogę. Nie potrafiłem.
- Wyniosę się od razu. Ale proszę, nie bądź na mnie zły, potrzebowałam tylko kilka dni pomocy, bo czuję się jak mała dziewczynka wrzucona na głęboko wodę. Tak jakbym cofnęła się o te siedem lat. Już nigdy ich nie odzyskam i to mnie przeraża, wszystko mnie przeraża, mam dwadzieścia cztery lata a nie jestem w stanie wejść po schodach czy zjeść miskę zupy, ja nawet nie wiem co tam jest napisane! - wskazała na teczkę.
Słuchałem jej nieprzerwanego potoku słów, desperacko zastanawiając się jak go zatrzymać, jak ją zatrzymać. Zrobiłem pierwsze, co przyszło mi do głowy: upuściłem papierosa, usiadłem naprzeciwko niej i przytuliłem ją.
- Zostań. Proszę. Nie zniosę jeszcze jednej samotnej nocy. - powiedziałem w jej obojczyk.
Objęła mnie w ten sam sposób co w szpitalu; desperacko, gwałtownie, nieporadnie. Jak gdybym był powietrzem, które jest jej jedyną szansą na przeżycie w oceanie niespokojnego świata, do którego ktoś przez przypadek ją wrzucił.
- Dziękuję. - wyszlochała, nie potrafiąc dłużej powstrzymać łez.
- Jesteś głodna? - spytałem, chcąc odwrócić jej uwagę zwracając ją na bardziej przyziemne rzeczy niż nasze relacje. - Mój żołądek podpowiada mi, że to czas na śniadanie.
- Nie chcę sprawiać ci problemu...
Chwyciłem ją pod kolanami i za ramiona i uniosłem z zimnej podłogi. Stawiała się na początku, ale kiedy nie reagowałem na jej słowa objęła mnie za szyję dla lepszej stabilności. Przeniosłem ją przez pokój i usadowiłem z powrotem na jej ulubionym stołku w kuchni.
- Nie sprawiasz problemu. Nigdy, rozumiesz? - mówiąc to stanąłem tuż przed nią i spojrzałem jej prosto w oczy, łapiąc równocześnie jej wzrok. Kiwnęła głową, patrząc na mnie z wdzięcznością. - Idę kupić coś na śniadanie.
_______
Łapcie ten wyczekiwany pierwszy! :D
Trochę mi zajęło pisanie go, bo to męczący filler, który mam nadzieję, że wyjaśnił Wam większość. Przypominam, żeby zapisywać się do informowanych. :3
No czeeeeeeeeeść.
OdpowiedzUsuńKrótko, wiesz? ;_;
I NIE MA PRZECINKA PRZED "BO"!
Tyle z czepiania się. Biedna Sky, gdybym ja nie mogła czytać to bym chyba zginęła. Nawet będąc tworem twojej wyobraźni. Zabiłabym się w niej! Anyway, Jarosław to mistrz gościnności - przyjeżdża do niego miłość jego życia, a ten idzie zpalić. Nie ma co. XD
Dobra, wiesz, że nie umiem komentować, więc pa.
Lidku :3
Sama jesteś krótko, gdyby było dłużej to byście za tydzień dostali. ;_;
UsuńJarosław się zmienił, a jak bardzo - przekonacie się później. ;>
Ale za to jesteś rekordzistką w szybkości. :D
Dziękuję Antylopko. <3
Weszłam tu przez przypadek, jednak już teraz wiem, że nie ma opcji, żebym nie została tu na dłużej ;) Dodatkowo wiem, że muszę nadrobić pierwszą część, bo wolałabym o wiele lepiej orientować się w całej tej historii ;)Poza tym dziwnie byłoby czytać coś od środka i próbując się na własną rękę połapać w tym wszystkim ;)
OdpowiedzUsuńWracając jednak do rzeczy:
Nie ukrywam, że prolog choć odrobinę nakreślił mi tok wydarzeń i dość mocno zaintrygował. Choć nie ukrywam, że nie pogardziłabym, gdyby był odrobinę dłuższy ;) Ale myślę, że ta długość była celowa, ponieważ chciałaś nas zaintrygować, co Ci się zresztą udało ;)Skyler wybudza się ze śpiączki, Jared z opanowanego i obojętnego faceta staje się rozemocjonowany i wyprowadzony z równowagi. Wydaje mi się, że już od dłuższego czasu czekał na ten telefon.
Przechodząc do rozdziału pierwszego (pozwoliłam sobie skomentować obie części w jednym komentarzu ;))
Masz bardzo ładny, lekki styl. Przyjemnie się czyta to, co piszesz. Człowiek praktycznie się przy tym nie męczy. "Sunie wzrokiem", jak gdyby oglądał to wszystko w telewizji. Barwne opisy, szczególnie podobał mi się moment, kiedy przedstawiłaś nam rozterki Jareda. Cieszę się, że jednak przezwyciężył swój strach i wszedł do tego pokoju.
Mimo wszystko wydaje mi się, że ta sytuacja przerasta go odrobinkę, że cieszy się tego, że z powrotem Skyler wróciła do jego życia, ale nie do końca jest pewny, czy da radę "przyzwyczaić się" czy też sprostać tej sytuacji.
W pierwszym momencie bałam się jednak, że Jared po tym czego się dowiedział będzie kazał jej się wynosić. Różnie ludzie reagują, szczególnie wtedy, kiedy nie do końca potrafią się odnaleźć w zaistniałej sytuacji. Cieszę się, że poprosił ją żeby została. Zapomniał o błędach w przeszłości, pozwolił jej je teraz naprawić.
Zdecydowanie jestem bardzo ciekawa, jak ta historia potoczy się dalej. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział! ;)
Pozdrawiam,
[grain-of-hope.blogspot.com]
Waah, jak zobaczyłam ten komentarz to na twarzy od razu mi wykwitł uśmiech od ucha do ucha. :D
UsuńNowy czytelnik to zawsze coś miłego, mam nadzieję, że zostaniesz jak najdłużej i wytrwasz bez trudu. :3 Pierwsza część sporo różni się od drugiej, szczególnie stylem. Tam czytanie jest przytłaczające, jest dużo smutnych wydarzeń, ogólnie panuje negatywny klimat. Co nie oznacza, że to wieczny mordor, zachęcam do czytania. :D
Poprawka: nadpobudliwość Jareda to tylko automatyczna reakcja, którą podsunął mu jego organizm, ale kiedy zda sobie z tego sprawę znów się zmieni.
Dziękuję za komplementy, jak już kiedyś wspomniałam jestem jakimś wybrakowanym produktem ubocznym i mnie krytyka nie motywuje tylko załamuje, a komplementy popychają do pisania; więc każde dobre słowo mile widziane. :3
Oo tak, sytuacja zdecydowanie go przerasta. Jared zdążył się już przyzwyczaić do nowego życia, zabił w sobie nadzieję, która zapłonęła z nim znowu, kiedy ni stąd ni zowąd okazuje się, że Sky żyje.
Jay może nie jest dobry w rozumowaniu po tym szoku, ale wciąż jest desperacko zakochany. :D ale to mu minie, spokojnie. ;D
Jeżeli masz ochotę, mogę Cię informować o nowych rozdziałach. I oczywiście zajrzę na Twojego bloga. :3
Ajajaj, cóż za akcja!
OdpowiedzUsuńAle- wreszcie jakieś konkrety ze Sky i Jaredem w roli głównej. I wreszcie blondyneczka zaczyna być wkurzająca, za co mogę ją hejtować do reszty ;> nie, tylko żartuję. Ale jej nie polubię.
O zachowaniu Jareda w stosunku do swej ukochanej się nie będę rozwodzić- jest czarujący jak zwykle, ale za te papierosy na balkonie należy mu się lanie. Owszem- obawiałam się, że coś zrobi nie tak np. ją wywali z mieszkania, albo nakrzyczy na nią, czy będzie rozdrapywać stare rany, ale fajek nie brałam pod uwagę :P I cieszę się z tego ostatniego zdania.
Dobra nie napisałam nic nowego ani fajnego, więc rzucę tylko: czekam na 2. I zmykam. Smerf
Siemajoł, tu Masło, szykuj się na kolejny chaotyczny komentarz.
OdpowiedzUsuńDobrze, że Dziadu (sorki, przyzwyczajenie ;-;) się odważył wejść do tej sali, ale i tak jest głupi, bo pali. Biedna Sky, szkoda mi jej. Ładne opisy.
Jezu, jak ja mam teraz pisać jakieś wypracowania w szkole, skoro nie umiem spójnie skomentować jednego rozdziału? Moja głupota, przepraszam za to, ale nie umiem komentować ;-;.
Czekam na kolejny :3
aww, musiałam czytać komentarz dwa razy, żeby go załapać, ale nie żebym narzekała. XD
UsuńDziękuję za komplement. :3
Dasz radę, a co do komentarza to każdy najmniejszy jest idealny, ważne, żebym wiedziała, czy ktoś przeczytał. :3
Postanowiłam sobie, że dodam nowy do początku roku, ale coś mi słabo idzie, także nic nie obiecuję. XD
Jeeejku, jak ja uwielbiam to opowiadanie ;-; Jarek po tych siedmiu latach wydaje mi się taki chłodny, no i pali (!) i to zapewne przez to co przeszedł, ale nie będę sie nad tym rozwodzić. XD Za to okropnie żal mi Sky, która niczym nie zasłużyła sobie na taki los. Nie wiem co mogę jeszcze powiedzieć, może dodam, że bardzo fajnie piszesz i z niecerpliwoscią czekam na ciąg dalszy *-*
OdpowiedzUsuń